Szósta zmiana: Mucha nie siada, czyli o miłości do wędkowania

28 kwietnia, 2025

Magazyn Zmiany, kwiecień/04

W świecie wędkarstwa istnieje dziedzina, która bardziej przypomina precyzyjną sztukę jubilerską, niż tradycyjne łowienie. Choć dla niewtajemniczonych może się wydawać prosta, w rzeczywistości wymaga wiedzy przyrodniczej, zmysłu obserwacji i ogromnej cierpliwości. Jak i po co tworzy się sztuczne muchy? Te pytania stawiamy Kazimierzowi Żertce, wieloletniemu działaczowi OZZZPRC w kolejnej odsłonie cyklu „Szósta zmiana”.

Żeby stworzyć muchę, czyli sztuczną przynętę, najpierw trzeba dokładnie poznać rybie menu. Każdy odcinek rzeki, każda pora roku to inny zestaw owadów, na które ryba daje się złapać.

– Chodzimy nad rzekę, odwracamy kamienie przy nurcie i patrzymy, co tam żyje – np. larwy jętek, larwy ważek, larwy chruścików. Cała zabawa polega na tym, by tak znalezione żyjątko możliwie najdokładniej odwzorować, uwzględniając jego kolor, wielkość i wagę – tłumaczy Kazimierz.

Oczy krewetki pod lampą UV

Materiały? Tu zaczyna się zabawa, w której potrzebny jest spryt i duża doza kreatywności. Istnieją katalogi tysięcy wzorów sztucznych much stworzone przez Brytyjczyków na przełomie XIX i XX wieku, ale nie wszystkie wskazane tam materiały są dziś dostępne, dlatego improwizacja to stały element pracy wędkarza muchowego.

Twórcy korzystają z tego, co jest w domu pod ręką – wełny, wiskozy czy rozplątanych sznurówek. – By zrobić bałtycką krewetkę, na którą biorą trocie czy belony, trzeba połączyć wiskozę i puchowe pióra indyka. Oczy tworzę z lakierów hybrydowych utwardzanych lampą UV – opisuje pasjonat.

Największym wyzwaniem, zwłaszcza na początku, jest ilość materiału, bo to przekłada się na ostateczną wagę. Za duża? Ryba uzna muchę za oszustwo. Za mała? Nie będzie przypominać naturalnej zdobyczy. Mucha ma być zwiewna, delikatna, jak martwy owad unoszący się na wodzie.

Kazimierz Żertka, wspominając początki swojej przygody, opowiada, że rozpoczęła się od miłości do łowienia. – Żyję w miejscu, w którym są jedynie górskie rzeki. A w nich, w większości, dozwolona jest tylko i wyłącznie sztuczna przynęta. Na początku kupowałem więc muchy, ale ze względu na wysokie koszty postanowiłem robić je sam. Fachu uczyli mnie moi przyjaciele – opowiada. On i inni pasjonaci wędkarstwa muchowego spotykają się na corocznych zjazdach Jurajskiego Klubu Muchowego, gdzie na warsztatach wspólnie przygotowują przynęty, wymieniając się doświadczeniami.

Od kwadransa do kilku godzin

Tworzenie much to fach dla cierpliwych. Niektóre można zrobić w kwadrans, ale są i takie, nad którymi siedzi się dwie godziny. W jednej serii zazwyczaj jest kilkanaście sztuk.

– Od kiedy jestem na emeryturze przynęty są lepsze, takie, jak zawsze chciałem. Gdy głowa była zajęta sprawami związkowymi, nie było tej precyzji i tej radości – mówi bohater cyklu „Szósta zmiana”, prezentując swoje wyroby. A te – jak widzicie na zdjęciach – są takie, że mucha nie siada.

Szósta zmiana: Tak się składa, że to pasja

31 października, 2024

Magazyn Zmiany, październik/8

Zdolności plastyczne szybko dały o sobie znać – już w pierwszej klasie podstawówki, gdy koledzy w ławce obok mozolnie rysowali szlaczki, on projektował rakiety i czołgi. Później, w liceum, namówiony przez ciotkę wziął udział w konkursie na prace malowane akwarelami. Zajął drugie miejsce. Ale największą pasję – tworzenie rzeźb z papieru – odkrył dopiero jako dojrzały człowiek, 11 lat temu. Origami stało się dla Marka Orsicza z Elektrowni Bełchatów, kolejnego bohatera naszej serii Szósta zmiana, doskonałym lekarstwem na stres i samotność.

Jak to w życiu – wszystko było dziełem przypadku. W sanatorium podejrzał, jak inny kuracjusz składa łabędzie ze złożonych pasków papieru. Przyłączył się, by pomóc, i tak połknął bakcyla. – Nie podobało mi się, że wzór jest taki prosty, dlatego zacząłem szperać w internecie w poszukiwaniu bardziej wymagających projektów. Wymyśliłem też, jak zabezpieczyć rzeźbę Vikolem, by była bardziej trwała – opowiada.

Na pierwszy ogień poszły choinki, później sam wymyślił mikołaje, bo te z sieci nie za bardzo mu się podobały. – Po zimie przyszła Wielkanoc – zacząłem składać koszyczki, które zrobiły furorę – wielu znajomych prosiło mnie o nie – wspomina Marek. Jeden koszyczek to 2700 paseczków brystolu. Składanie ich w dzieło sztuki zajmuje około 30 godzin. Potrzebna nie tylko precyzja, ale i anielska cierpliwość.

Marek: – Jestem nerwus, moja impulsywność nie raz w życiu ściągnęła na mnie problemy. A składanie origami mnie uspokaja i odpręża, daje radość i satysfakcję, zwłaszcza, gdy na koniec przychodzi nagroda w postaci pochwał i podziękowań.

Sztuka pozwoliła mu uporać się z demonami przeszłości, bo gdy człowiek zajęty tworzeniem, nie trwoni czasu w bezsensowy sposób. – Polecam taką terapię każdemu, zwłaszcza na długie, jesienne wieczory – mówi artysta.

Szósta zmiana: Tańczy, by żyć pełnią życia

30 lipca, 2023

Magazyn Zmiany, lipiec/08

W naszym cyklu pt. „Szósta Zmiana” czas na Piotra Dąbrowskiego z JWS Koks – zapalonego tancerza, dla którego breaking stał się rodzajem terapii. – Po 10 bardzo ciężkich latach, naznaczonych depresją i nałogiem, wróciłem do mojej największej życiowej pasji – dzięki niej moje życie odzyskało sens – mówi bohater tej opowieści. Oprócz tańca pasjonuje go jeszcze sztuka tatuażu. Czy to nowy nałóg? Być może. Ale za to jaki piękny!

Porozmawiamy o tańcu? Jak to wszystko się zaczęło?
Miałem kilkanaście lat, to był piorun miłości, jak w „Ojcu Chrzestnym”. Rok 2004, trwają Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej, Grecja, niespodziewanie, wygrywa finał. Ale ja szaleje nie na punkcie futbolu, tylko na punkcie breakingu, który właśnie zobaczyłem w wykonaniu chłopaków. Tańczyli na kartonach w centrum Mielna. Chciałem być jaki, jak oni.

zdjęcia dzięki uprzejmości Marcina Wiśniewskiego, @zdjeciem malowane

To była główna motywacja?
Byłem nastolatkiem, nie będę ukrywał – chodziło też o chęć pokazania się i brylowania na parkietach podczas dyskotek. Ale szybko odkryłem, że taniec to mój motor napędowy. Chciałem być nie tylko najlepszy, ale też zachowywać się i wyglądać jak chłopaki, którzy mnie inspirowali. Tańczyłem regularnie do 20. roku życia – później nastąpiła ciężka dekada. Systematyczność siadła, ja coraz bardziej pogrążałem się w nałogu i depresji.

Przestał Pan tańczyć?
Nie przestałem, ale treningi nie były regularne. Dopiero wraz z podjęciem decyzji o abstynencji, wróciłem z pełnym oddaniem do pasji.

To był rodzaj terapii?
Chyba można tak powiedzieć. Nie chciałem trzeźwieć na smutno. Regularne treningi przywróciły mi wiarę w to, że mogę znów decydować o swoim życiu i pisać jego scenariusz tak, jak mi się podoba. Myślę, że moja historia może dawać innym nadzieję, bo dobrze pokazuje, jak podnieść z dna. Dziś taniec pozwala mi na bycie sobą. Dzięki niemu ćwiczę uważność i bycie TU i TERAZ. Staram się to podejście przekładać na każdy aspekt swojego życia. Najlepsze jest to, że wciąż traktuję to jako ogromną przygodę – mimo że z tańcem mam do czynienia już druga dekadę, to staram się do niego podchodzić tak, jak bym się ciągle uczył wszystkiego na nowo – dzięki temu, mam wrażenie, szybciej się rozwijam.

Czy breaking to to samo, co breakdance?
Nie, ale to bardzo często powielany błąd. Jest wiele historii dotyczących początku breakingu, ale moja ulubiona to ta: w latach 70. DJ Kool Herc podczas grania na ulicach Nowego Yorku, zauważył ze dużo osób zaczyna tańczyć i dobrze się bawić do wyodrębnionych, zapętlonych przejść perkusyjnych z utworów funkowych i jazzowych. W slangu zaczęto tancerzy nazywać b-boy (od beat boy, w tłumaczeniu: chłopaki z bitem), a sam taniec breaking albo bboying. W latach 80. media nurtu głównego zaczęły trochę niezdarnie i ignorancko nazywać ten uliczny taniec breakdance. W środowisku tanecznym nie przepadamy za tym określeniem, choć zdajemy sobie doskonale sprawę, że dalej z tym nazewnictwem jest najbardziej kojarzony.

Breaking przeżywa dobry czas – wkrótce ma trafić pod olimpijskie strzechy.
To prawda. Pierwszy raz w historii breaking pojawi się na igrzyskach w Paryżu w 2024. Zasady sędziowskie oceniane będą na zadach TREE FOLD:
◦ BODY – ewolucje, akrobacje , figury wymagające dużej sprawności fizycznej
◦ MIND – kreatywność i orginalnść tancerza
◦ SOUL – poczucie rytmu, to jak tancerz reaguje na muzykę, jak panuje nad swoją wewnętrzną energią

Świadomy tancerz zaznacza, że zna podstawy, wie o co w tym chodzi, ma korzenie, ale jednocześnie daje dużo od siebie, filtruje wszystko przez własną wrażliwość i doświadczenie.

Nie wiem, jak tancerze w innych krajach czy miastach, ale ja zauważyłem u nas pewną zależność – wszystkie osoby, które ze mną tańczyły, tańczą do tej pory. Niemal wszystkie pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin. Myślę, że taniec był dla nas odskocznią od codziennych problemów – tak teraz, jak patrzę z dystansem, na to patrzę.

Wygląda na to, że taniec uratował Pana wiele razy.
Tak, zdecydowanie. Nie wiem, gdzie bym dzisiaj był, gdyby nie breaking.

Zdaje się, że od niedawna ma Pan nową pasję?
Widać, prawda? (śmiech)

fot. Adrian Hołda, @kadry_edka

Widać. Do twarzy Panu!
2 lata temu lata temu zrobiłem w olkuskiej pracowni „Gniazdo” pierwszy tatuaż. Tak spodobała mi się praca i atmosfera tego miejsca, że później wracałem…20 razy. Trochę to kompulsywne zachowanie, wiem, ale cóż począć. Od jakiegoś czasu działam razem z chłopakami, zajmuję się brandingiem marki. Traktuję to jako kolejny krok w samorozwoju i cieszę się, że trafiłem do tego wspaniałego środowiska.

Czyżby kolejny, obok tańca, prezent od losu?
Na to wygląda.

Szósta zmiana: To było jak czary!

22 października, 2021

Magazyn Zmiany, październik/06

O czarach dziejących się w ciemni i momentach, które udało się zatrzymać na zawsze w kadrze opowiada Krzysztof Jędruch ze Związku Zawodowego Pracowników Ruchu Ciągłego Elektrowni Stalowa Wola.

A wszystko zaczęło się wiele lat temu. Miałem szczęście chodzić do niezwykłej podstawówki, w której działało kółko fotograficzne. Hobbistycznie prowadził je mąż jednej z nauczycielek. Na pierwsze zajęcia wkręcił mnie mój kolega, poszedłem z ciekawości i…przepadłem. Byłem pod ogromnym wrażeniem magii wywoływania zdjęć, wyłaniania się obrazu z nicości. To było jak czary.

Miałem wtedy zaledwie 10-11 lat, ale wiedziałem już, że to będzie coś więcej, niż przelotna miłość. Dostałem swój pierwszy aparat – pamiętam, że kosztował niewiele, bo około 200 zł, ale działał – i tylko to się liczyło! Czułem olbrzymią satysfakcję, gdy udawało mi się zrobić zdjęcie, a później je wywołać i pokazać innym. Razem z kolegami z kółka „obsługiwaliśmy” apele szkolne i wycieczki, a w plenerze przymierzaliśmy się do fotografii makro – oczywiście z marnym skutkiem, bo nasz sprzęt nie pozwalał na szaleństwa.

Pasja szybko przeniosła się ze szkolnych korytarzy do domu. Gdy rodzice szli spać, łazienka stawała się ciemnią, w której rządziłem nieraz przez całą noc. Rano, gdy któryś z domowników chciał skorzystać z prysznica, pukał i to był dla mnie znak, że czas kończyć.

Po szkole przyszło wojsko, a po nim – „prawdziwe życie”. Pasja musiała poczekać do lat 90.

Wtedy kupiłem pierwszą cyfrówkę i przypomniałem sobie, dlaczego łapanie ulotnych momentów w kadr jest tak pasjonujące. Skończyłem zaoczne technikum fotograficzne, zacząłem gromadzić sprzęt, od tamtego czasu pasja stała się profesją.

Od kilku lat należę do koła fotograficznego Kadr. Mamy najfajniejsze studio na Podkarpaciu – postaraliśmy się o lokal, sami go wyremontowaliśmy i wyposażyliśmy. Mamy studio. mamy lampy, mamy ciemnię, organizujemy wystawy. Najmłodszy uczestnik ma 11 lat, najstarszy – koło 60. I to jest w fotografii piękne.

Najbardziej lubię street photo: „polujesz” z aparatem na ludzi w miejscach publicznych, czekasz na odpowiedni moment. Cyk – ten jeden kadr ma sprawić, że widz wyobraża sobie, co było chwilę przed i co chwilę po. To ogromne wyzwanie – zdarza się, że spędzam na dworze kilka godzin i wracam z niczym.

Lubię też przyrodę i kwiaty, robię je w sposób szczególny, manualnymi obiektywami, zdjęcie malowane jest naturalnym światłem. W fotografii najbardziej pociąga mnie to, że to cały proces – zaczyna się burzy mózgów, precyzyjnego wymyślenia kadru, szukania pomysłu. To dość skomplikowane – myślę, że nieraz możemy mówić o sztuce.

CC: Krzysztof Jędruch. Więcej zdjęć autora można oglądać TUTAJ i TUTAJ

Do góry
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.
Zgoda
Zamknij